Logo
  ::::::::::::::::::::::::::::::::::::
   - Archiwum
  ....................................
  ::::::::::::::::::::::::::::::::::::
   - Historia parafii
   - Historia kościołów
   - Cmentarze
   - Figurki
   - Nasza patronka
   - Księża
   - Do parafii należą
   - Rejony
   - Msze św.
   - Odpusty
   - Nabożeństwa
  ....................................
  ::::::::::::::::::::::::::::::::::::
   - O kancelarii
   - Informacje
     kancelaryjne

  ....................................
  ::::::::::::::::::::::::::::::::::::
   - Poradnia rodzinna
   - Artykuły
   - Galeria
   - Zawichost dawniej
   - Film
   - Linki
  ::::::::::::::::::::::::::::::::::::
   - Czytania
     na dzień dzisiejszy

   - Zapowiedzi
   - Ogłoszenia
     parafialne

  ....................................
   - Kontakt
 

top Krótki wypad do Zawichostu

     Na moją prośbę, popartą pięciozłotową monetą, kierowca autobusu zatrzymał się na rynku miasteczka, dobre pół kilometra od przystanku. Stąd miałem już blisko do miejsca mego dzieciństwa, pełnego zabaw, bijatyk, chłopięcych dramatów, tych prawdziwych i tych nie wartych łez.

     Babcia Wiktoria, która się mną opiekowała, miała w dzielnicy Ludmierz duży drewniany dom, wyglądem zbliżony do szlacheckiego dworku, z gankiem podpartym dwoma kolumnami, na który wchodziło się z podwórza po kilku kamiennych schodkach. Domu już dawno nie ma. Spalił się w lipcu roku 1944 od pocisków, które nadlatywały zza rzeki dniami i nocami. Front stanął na Wiśle, a Zawichost miał uniemożliwić przeprawę przez rzekę wrogiej armii spełniając rolę "die Festung", chociaż my nie widzieliśmy tu ani grośnych umocnień bunkrów czy gniazd ogniowych najeżonych armatami, ani całego żelastwa, w jakie zwykle wyposażone są twierdze.

     Na wysokim brzegu placu Bartoniekow siały tylko trzy błyszczące zenitówki, wokół których kręciło się kilku niemieckich żołnierzy. Oglądając je marzyłem o postrzelaniu sobie z tych działek do samolotów, wszystko jedno niemieckich, czy sowieckich. Jednak w czerwcu niebo było jeszcze puste, panował upal, a w domu Babci kwaterujący Bauptmann z ordynansem, leniwie odpoczywali po trudach odwrotu. Z rynku ruszyłem w kierunku klasztoru przechodząc obok dawnej Szkoły Rzemiosł, w której mój stryjeczny brat Mietek pobierał nauki w podziemnej podchorążówce Armii Krajowej. Po jej ukończeniu mianowany został kapralem czołgistą. Do dzisiaj nie mogę pojąć, jakim cudem owa szkoła nie mając ani jednego czołgu, a z maszyn jeżdżących , dysponując ewentualnie tylko kilkoma rowerami, nadawała absolwentom taką specjalność. Nie miałem odwagi zapytać "Rajmunda" (taki pseudonim nadał sobie brat) o szczegóły szkolenia.

     W czasie okupacji panowała bowiem twarda zasada nieujawniania partyzanckich tajemnic, a po wojnie nasze kontakty osłabły, póśniej zupełnie się urwały i nie było już okazji, by na len temat porozmawiać.

     Bardzo tego żałuję, bo być może istnieje jakieś racjonalne wytłumaczenie tej do dzisiaj intrygującej innie zagadki. Kilkadziesiąt kroków dalej stoi klasztor pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela, pamiętający czasy piastowskie. Okazała budowla (spalona w 1944, a następnie z pietyzmem odbudowana)wskazuje na znaczenie Zawichostu w czasach odległych. Pierwsze pisane wzmianki o miejscowości sięgają wczesnego średniowiecza, kiedy o jej lokalizacji zadecydowały względy strategiczne. Zawichost zagradzał bowiem drogę prowadzącą doliną Sanny w kierunku Kijowa, która w X i XI wieku odgrywała pierwszorzędną rolę. Obok istniejącego klasztoru Zawichost posiadał inne świątynie i miał u schyłku XII wieku aż. trzy parafie, podczas gdy odległy o 17 km Sandomierz zaledwie jedną. To dowód, że Zawichost był znacznie ludniejszy od ośrodka Księstwa Sandomierskiego. Z bogatej historii Zawichostu przypomnieć jeszcze należy, iż w roku 1205 rozegrała się tu bitwa, która przeszła do legendy; a rozsławiły ją pieśni znane jeszcze w czasach Jana Długosza. Dopiero wiktoria pod Grunwaldem przyćmiła zwycięstwo Leszka Białego nad wojskami Romana księcia halicko-włodzimierskiego, który położył tu głowę.

     Spoglądając z wysokiego wzniesienia sąsiadującego z klasztorem kościoła parafialnego na baśniowy wprost widok Wisły z jej lachami, wyspami i brzegami zarośniętymi wikliną, należy utrwalić sobie w pamięci, że w czasach Kazimierza Wielkiego istniał tu zamek obronny, którego drobne fragmenty wyławiano jeszcze przed kilkudziesięcioma latami z nurtów rzeki, która zmieniwszy koryto zalała resztki tej obronnej budowli, po spaleniu jej przez Szwedów w r. 1657.

     Nieco dalej, przy ulicy Sandomierskiej wznosi się pomalowana wapnem na biało murowana czworoboczna figura wytyczająca trakt z Karkowa na Litwę. Z opowiadań Babci wiem, że kryje ona kości zmarłych na cholerę. I stąd też nazwa dzielnicy. ściany figury służyły moim rówieśnikom przed wojną i w czasach okupacji do gry w pieniądze. Rzucało się pieniążkiem o mur, starając się, by moneta spadła jak najbliżej przeciwnika. Jeżeli odległość między nimi była taka sama, bądś mniejsza niż mierzona od kciuka do palca serdecznego, wówczas przeciwnikowi zabierało się monetę. Szczególnie cenne były carskie miedziane kopiejki ze względu na ich wielkość i wagę.

     Dochodząc do Wisły uliczką wiodącą obok czynnej w moich czasach krochmalni, widzi się sągi suszących się ułamków pni drzew wykopanych z wiślanego piachu, ciężkich i czarnych jak węgiel, a zwanych tu splakami. Służyły i nadal służą jako opał, chociaż coraz ich mniej. Na brzegu kilka łódek, czyli mówiąc po miejscowemu, kryp. Zniknęły natomiast ogromne barki, czyli galary, które głównie służyły do przewozu pszenicy i innych towarów, które spławiano aż do Gdańska.

     Galary budowano na placu Bartoniekow. Ciężka to była praca. Robotnicy od rana do nocy piłowali ręcznie pnie drzew na deski, a następnie skręcali je śrubami i zbijali ogromnymi gwośdziami nadając im kształty wielkich lodzi, które przed wodowaniem smarowali smołą i uszczelniali pakułami.

     Z wiślanego brzegu w tym miejscu dostrzec można na horyzoncie Górę Pieprzową. Są to wzniesienia stanowiące przedłużenie Gór świętokrzyskich, pokryte lessem i pełne wąwozów powstałych wskutek erozji wodnej. Są niezwykle malownicze z występującą tu rzadką wiśnią karłowatą i wieloma roślinami zielnymi. Opadają stromą krawędzią ku dolinie Wisły, a ich wysokość sięga nawet 100 metrów. Wiele lat temu chodziłem z moimi wnukami po tych górach i pokazywałem im liczne pieczary wymyte przez wodę, mówiąc, że w jednej z nich urządziłem sobie kwaterę, z której mogłem obserwować Niemców jadących nieodległą szosą. Rok póśniej odwiedziłem córkę i jej męża w Connecticut i ze zdumieniem dowiedziałem się, że Alex (mój najmłodszy wnuk) z przejęciem opowiadał w szkole, jak to dziadek, ukryły w górskiej norze, strzelał z karabinu do Niemców, wielu ich zabijając. Bardzo kolegom tą opowieścią zaimponował.

     Trzeba już wracać do Lublina, a przecież jeszcze tak wiele miejsc i zakątków wartych opisania. Niewielu tu turystów, którzy wolą gwarniejszy Sandomierz od cichego nieco i sennego Zawichostu. Może mają racje, a może nie? Na zakończenie wiersz, który opublikowałem w 1999 r. w tomiku "Odcienie zieleni" wydanym w Berlinie.

Czesław Michałowski

Kocham cię
Wisło
brzeg kamienisty
Zawichost
smutną uliczkę
biel wapna
malwy
smoły zapach z barek
kocham cię
miasto maleńkie
ze studnią na rynku
i ławką na której siadałem
a kiedy wrócę
może to będzie lato
i w bosonogich dzieciach
zobaczę siebie
ja
ziarnko piasku lipcowe
przywiane północnym wiatrem