|
Krótki wypad do Zawichostu
Na
moją prośbę, popartą
pięciozłotową monetą, kierowca autobusu zatrzymał się na rynku
miasteczka, dobre pół kilometra od przystanku. Stąd miałem już blisko
do miejsca mego dzieciństwa, pełnego zabaw, bijatyk, chłopięcych
dramatów, tych prawdziwych i tych nie wartych łez.
Babcia
Wiktoria, która się
mną opiekowała, miała w dzielnicy Ludmierz duży drewniany dom, wyglądem
zbliżony do szlacheckiego dworku, z gankiem podpartym dwoma kolumnami,
na który wchodziło się z podwórza po kilku kamiennych schodkach. Domu
już dawno nie ma. Spalił się w lipcu roku 1944 od pocisków, które
nadlatywały zza rzeki dniami i nocami. Front stanął na Wiśle, a
Zawichost miał uniemożliwić przeprawę przez rzekę wrogiej armii
spełniając rolę "die Festung", chociaż my nie widzieliśmy tu ani
grośnych umocnień bunkrów czy gniazd ogniowych najeżonych armatami,
ani całego żelastwa, w jakie zwykle wyposażone są twierdze.
Na
wysokim brzegu placu
Bartoniekow siały tylko trzy błyszczące zenitówki, wokół których
kręciło się kilku niemieckich żołnierzy. Oglądając je marzyłem o
postrzelaniu sobie z tych działek do samolotów, wszystko jedno
niemieckich, czy sowieckich. Jednak w czerwcu niebo było jeszcze
puste, panował upal, a w domu Babci kwaterujący Bauptmann z ordynansem,
leniwie odpoczywali po trudach odwrotu. Z rynku ruszyłem w kierunku
klasztoru przechodząc obok dawnej Szkoły Rzemiosł, w której mój
stryjeczny brat Mietek pobierał nauki w podziemnej podchorążówce Armii
Krajowej. Po jej ukończeniu mianowany został kapralem czołgistą. Do
dzisiaj nie mogę pojąć, jakim cudem owa szkoła nie mając ani jednego
czołgu, a z maszyn jeżdżących , dysponując ewentualnie tylko kilkoma
rowerami, nadawała absolwentom taką specjalność. Nie miałem odwagi
zapytać "Rajmunda" (taki pseudonim nadał sobie brat) o szczegóły
szkolenia.
W
czasie okupacji panowała
bowiem twarda zasada nieujawniania partyzanckich tajemnic, a po wojnie
nasze kontakty osłabły, póśniej zupełnie się urwały i nie było już
okazji, by na len temat porozmawiać.
Bardzo
tego żałuję, bo być
może istnieje jakieś racjonalne wytłumaczenie tej do dzisiaj
intrygującej innie zagadki. Kilkadziesiąt kroków dalej stoi klasztor
pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela, pamiętający czasy piastowskie.
Okazała budowla (spalona w 1944, a następnie z pietyzmem
odbudowana)wskazuje na znaczenie Zawichostu w czasach odległych.
Pierwsze pisane wzmianki o miejscowości sięgają wczesnego
średniowiecza, kiedy o jej lokalizacji zadecydowały względy
strategiczne. Zawichost zagradzał bowiem drogę prowadzącą doliną Sanny
w kierunku Kijowa, która w X i XI wieku odgrywała pierwszorzędną rolę.
Obok istniejącego klasztoru Zawichost posiadał inne świątynie i miał
u schyłku XII wieku aż. trzy parafie, podczas gdy odległy o 17 km
Sandomierz zaledwie jedną. To dowód, że Zawichost był znacznie
ludniejszy od ośrodka Księstwa Sandomierskiego. Z bogatej historii
Zawichostu przypomnieć jeszcze należy, iż w roku 1205 rozegrała się tu
bitwa, która przeszła do legendy; a rozsławiły ją pieśni znane jeszcze
w czasach Jana Długosza. Dopiero wiktoria pod Grunwaldem przyćmiła
zwycięstwo Leszka Białego nad wojskami Romana księcia
halicko-włodzimierskiego, który położył tu głowę.
Spoglądając
z wysokiego
wzniesienia sąsiadującego z klasztorem kościoła parafialnego na
baśniowy wprost widok Wisły z jej lachami, wyspami i brzegami
zarośniętymi wikliną, należy utrwalić sobie w pamięci, że w czasach
Kazimierza Wielkiego istniał tu zamek obronny, którego drobne
fragmenty wyławiano jeszcze przed kilkudziesięcioma latami z nurtów
rzeki, która zmieniwszy koryto zalała resztki tej obronnej budowli, po
spaleniu jej przez Szwedów w r. 1657.
Nieco
dalej, przy ulicy
Sandomierskiej wznosi się pomalowana wapnem na biało murowana
czworoboczna figura wytyczająca trakt z Karkowa na Litwę. Z opowiadań
Babci wiem, że kryje ona kości zmarłych na cholerę. I stąd też nazwa
dzielnicy. ściany figury służyły moim rówieśnikom przed wojną i w
czasach okupacji do gry w pieniądze. Rzucało się pieniążkiem o mur,
starając się, by moneta spadła jak najbliżej przeciwnika. Jeżeli
odległość między nimi była taka sama, bądś mniejsza niż mierzona od
kciuka do palca serdecznego, wówczas przeciwnikowi zabierało się
monetę. Szczególnie cenne były carskie miedziane kopiejki ze względu
na ich wielkość i wagę.
Dochodząc
do Wisły uliczką
wiodącą obok czynnej w moich czasach krochmalni, widzi się sągi
suszących się ułamków pni drzew wykopanych z wiślanego piachu, ciężkich
i czarnych jak węgiel, a zwanych tu splakami. Służyły i nadal służą
jako opał, chociaż coraz ich mniej. Na brzegu kilka łódek, czyli mówiąc
po miejscowemu, kryp. Zniknęły natomiast ogromne barki, czyli galary,
które głównie służyły do przewozu pszenicy i innych towarów, które
spławiano aż do Gdańska.
Galary
budowano na placu
Bartoniekow. Ciężka to była praca. Robotnicy od rana do nocy piłowali
ręcznie pnie drzew na deski, a następnie skręcali je śrubami i zbijali
ogromnymi gwośdziami nadając im kształty wielkich lodzi, które przed
wodowaniem smarowali smołą i uszczelniali pakułami.
Z
wiślanego brzegu w tym
miejscu dostrzec można na horyzoncie Górę Pieprzową. Są to wzniesienia
stanowiące przedłużenie Gór świętokrzyskich, pokryte lessem i pełne
wąwozów powstałych wskutek erozji wodnej. Są niezwykle malownicze z
występującą tu rzadką wiśnią karłowatą i wieloma roślinami zielnymi.
Opadają stromą krawędzią ku dolinie Wisły, a ich wysokość sięga nawet
100 metrów. Wiele lat temu chodziłem z moimi wnukami po tych górach i
pokazywałem im liczne pieczary wymyte przez wodę, mówiąc, że w jednej z
nich urządziłem sobie kwaterę, z której mogłem obserwować Niemców
jadących nieodległą szosą. Rok póśniej odwiedziłem córkę i jej męża w
Connecticut i ze zdumieniem dowiedziałem się, że Alex (mój najmłodszy
wnuk) z przejęciem opowiadał w szkole, jak to dziadek, ukryły w
górskiej norze, strzelał z karabinu do Niemców, wielu ich zabijając.
Bardzo kolegom tą opowieścią zaimponował.
Trzeba
już wracać do
Lublina, a przecież jeszcze tak wiele miejsc i zakątków wartych
opisania. Niewielu tu turystów, którzy wolą gwarniejszy Sandomierz od
cichego nieco i sennego Zawichostu. Może mają racje, a może nie? Na
zakończenie wiersz, który opublikowałem w 1999 r. w tomiku "Odcienie
zieleni" wydanym w Berlinie.
Czesław
Michałowski
Kocham cię
Wisło
brzeg kamienisty
Zawichost
smutną uliczkę
biel wapna
malwy
smoły zapach z barek
kocham cię
miasto maleńkie
ze studnią na rynku
i ławką na której siadałem
a kiedy wrócę
może to będzie lato
i w bosonogich dzieciach
zobaczę siebie
ja
ziarnko piasku lipcowe
przywiane północnym wiatrem
|