|
Wincenty Mieczysław Michałowski
Ojciec urodził się w
Siedlcach w rodzinie inteligenckiej. Jego mamą była Wiktoria z
Byszewskich herbu Habdank, urodzona w Sekule k. Siedlec, ojcem Edward
herbu Trzaska, wywodzący się z okolic Parczewa, pracownik sądownictwa w
Warszawie.
Był drugim synem Wiktorii,
młodszym o 6 lat od brata Edwina, późniejszego ułana walczącego z
najazdem bolszewickim, a w latach międzywojennych urzędnika skarbowego
oraz właściciela biura sprzedaży nieruchomości "Wygoda" w Lublinie
(zmarł w Lublinie w r. 1963). Szkołę powszechną oraz ósmą klasę
Gimnazjum Państwowego w Siedlcach Ojciec ukończył w r. 1919, zaś w r.
1923 Średnią Szkołę Leśną w Warszawie.
Od 1 sierpnia r. 1917 do
października r. 1918 pełnił czynną służbę w Polskiej Organizacji
Wojskowej, m.in. w powiecie sandomierskim, należąc do Oddziału
Bojowo-Konspiracyjnego i przyjmując pseudonim "Mściciel". W tym samym
czasie brał również aktywny udział w pracy niepodległościowej w
Zawichoście w ramach Towarzystwa "Piechur" pod dowództwem Henryka
Łukasiewicza. W r. 1919 został wysłany przez Ministerstwo Spraw
Wojskowych do Paryża w składzie delegacji rządowej na rozmowy z
Amerykanami w sprawie przejęcia od nich amunicji i samochodów dla armii
polskiej. W lipcu 1920 roku Ojciec wstąpił ochotniczo do Jazdy
Partyzanckiej majora Dąbrowskiego, broniąc polskiego Wilna. W tym samym
roku powołany został do 22. Pułku Piechoty w Siedlcach, biorąc udział w
walkach z Armią Czerwoną.
Po zakończeniu wojny
pełnił służbę w 1. Dywizji Artylerii Konnej, skąd został przeniesiony
do rezerwy w stopniu bombardiera. W lipcu r. 1932 powołano Ojca do
Szkoły Podchorążych Piechoty nr 2 w Biedrusku i w tym samym roku
awansowano na stopień podporucznika.
W r. 1924 Ojciec został
przyjęty do pracy jako leśniczy w Dyrekcji Lasów Państwowych w
Białowieży, a następnie pracował w Nadleśnictwie Suchedniów (Leśnictwo
Błoto i Ostojów), Nadleśnictwie Tatarów nad Prutem (Leśnictwo
Jabłonica), Leśnictwie Supraśl k. Białegostoku i powtórnie w Dyrekcji
Lasów Państwowych w Białowieży. Obok pracy zawodowej był działaczem
Związku Harcerstwa Polskiego i brał udział w jamboree w Belgii.
Mieszkając z Babcią
Wiktorią w Zawichoście bądź u stryjostwa w Lublinie (moja Mama Helena
zmarła wkrótce po moim urodzeniu), z reguły miesiące letnie spędzałem z
Ojcem w różnych częściach kraju. Były to niezwykłe podróże. Do miejsc
położonych z dala od większych miast, najczęściej wśród rozległych
lasów w Karpatach Wschodnich i na błotnistym nizinnym Polesiu - w mojej
"małej Ojczyźnie".
Początek wojny zastał nas
kilkadziesiąt kilometrów od stolicy województwa, Brześcia nad Bugiem.
Ojciec jako oficer rezerwy był zobowiązany zgłosić się w punkcie
mobilizacyjnym. Nikogo tam jednak nie zastał i po kilku dniach wrócił.
Radio donosiło o ciężkich walkach z Niemcami gdzieś daleko od nas.
Zaczęły jednak do nas dochodzić niepokojące wieści o napadach na
sąsiednie leśniczówki, rabunkach i prześladowaniach polskiej służby
leśnej przez miejscową ludność podburzaną przez bolszewickich agentów.
Ruszyliśmy więc w drogę do Lublina. Ojciec załadował na rower trochę
najpotrzebniejszych rzeczy. Do ramy przymocował krzesełeczko, na którym
jechała 4-letnia Alinka, córka naszej gosposi Stanisławy Gil. Ojciec na
zmianę z panią Stasią pchali rower, a ja z moim stryjecznym bratem
Mietkiem, o 6 lat starszym ode mnie, wlekliśmy się z tyłu. Z tej
wędrówki pamiętam piaszczyste, często śródleśne drogi, noclegi w
mijanych z rzadka polskich domach i drewniany most na Bugu w Brześciu,
chroniony przez żołnierza w zielonym mundurze, w hełmie i z dużą
srebrzystą blachą na piersi. Był to pierwszy spotkany Niemiec. Po
krótkim pobycie w Białowieży dojechaliśmy wreszcie pociągiem towarowym
do Lublina. Już po kilku dniach zjawiłem się u mojej ukochanej Babci w
Zawichoście, natomiast Ojciec został w Lublinie i poszukiwał pracy.
Około połowy kwietnia r. 1940 Babcia otrzymała zwrot kartki pocztowej
wysłanej do Ojca. W poprzek odkrytki biegł czerwonym atramentem napis w
języku niemieckim, który po przetłumaczeniu informował, że adresat
został rozstrzelany. Babcia zemdlała. I tak, mając zaledwie 9 lat,
zostałem zupełnym sierotą. Mogłem tylko liczyć na Babcię i stryjostwo w
Lublinie.
Wiele lat po wojnie, kiedy
nazwisko majora Henryka hr. Dobrzańskiego "Hubala" i historia Oddziału
Wojska Polskiego, którym dowodził, nie była już tabu, sięgnąłem do
dostępnych opracowań popularnych i naukowych, książek (m.in. W. Okoń
"Mój dwudziesty wiek" Ossolineum 1983, B. J. Serdelski "Lasy nasiąkłe
krwią" Radom 1966), dokumentów sądowych i relacji świadków tej zbrodni.
Kilkakrotnie udawałem się z żoną Alicją do wsi Szałas koło Odrowąża w
woj. świętokrzyskiem, gdzie Ojciec 8 kwietnia 1940 roku został wraz z
63 mieszkańcami tej wsi rozstrzelany przez oddział Selbstschutzu
(formacja złożona z niemieckiej mniejszości w Polsce i znająca nasz
język) oraz esesmanów 8 lub 11 pułku Totenkopfverbande. Był to odwet za
działalność partyzancką majora Hubala, wspomaganą przez miejscową
ludność. Jak opowiadał nam naoczny świadek tej zbrodni, Ojca wraz z
drugim leśniczym Wroną i gajowym Gomułą oraz jego 18-letnim synem
Julianem Niemcy postawili przed drewnianą ścianą domu i rozstrzelali
pociskami zapalającymi. Spłonęły nie tylko zabudowania, ale i ciała
ofiar. Na cmentarzu w Odrowążu znajdują się ekshumowane prochy
pomordowanych oraz pomnik im poświęcony. Ojciec współpracował z
oddziałem Hubala, co było zrozumiałe. Był przecież patriotą i oficerem.
Nie był to długi okres
działalności Ojca na tym terenie, bowiem został skierowany do pracy w
Szałasie przez Dyrekcję Lasów w Radomiu (Nadleśnictwo Bliżyn)
niewątpliwie po 2 lutego, tj. po aresztowaniu przez gestapo swojego
poprzednika leśniczego Wacława Biedrzyckiego, zamęczonego po kilku
dniach w kieleckim więzieniu.
Do dzisiaj starzy
mieszkańcy odbudowanej ze zgliszcz wsi Szałas pamiętają mojego Ojca,
którego nazwisko figuruje na pomniku poświęconym ofiarom niemieckiej
zbrodni.
Kilka lat temu z
inicjatywy Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej w ściany
kościoła na Cmentarzu Unickim w Lublinie wmurowane zostały tablice z
nazwiskami poległych w obronie Ojczyzny. Jest wśród nich tablica
poświęcona mojemu Ojcu, a także Piotrowi Szczemirskiemu, Ojcu mojej
żony, rozstrzelanemu w wileńskich Ponarach. W czasie uroczystego
nabożeństwa celebrowanego przez arcybiskupa Bolesława Pylaka dokonałem
ich odsłonięcia.
Czesław Michałowski
|