::::::::::::::::::::::::::::::::::::
-
....................................
::::::::::::::::::::::::::::::::::::
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
....................................
::::::::::::::::::::::::::::::::::::
-
-
....................................
::::::::::::::::::::::::::::::::::::
-
-
-
-
-
-
::::::::::::::::::::::::::::::::::::
-
-
-
....................................
-
|
Zbigniew
Włodzimierz Fronczek
Opowieści
zawichojskie
Z
tomu "Wyzania grabarza" opublikowanego przez warszawską oficynę Książka
i Wiedza w roku 2004
Święty
z czaszką w ręce
Zawichost
to piękne miasteczko z niezwykle barwną przeszłością. Czasy jednak nie
oszczędziły tego zakątka ziemi, wiele zawichojskich budowli rozsypało
się w gruzy, trudno nawet sobie wyobrazić jak wyglądały, nie ocalały
bowiem także rysunki czy szkice dawnych murów i bram. Któż może
wiedzieć, jak prezentował się okazały niegdyś zamek? Jego resztki
zalały wiślane fale, czasem tylko jeszcze ten czy ów flisak uderzy
wiosłem o przedwiekową budowlę. Zamek w Zawichoście, jak odnotowano w
niezwykle cennym dla narodowej kultury Słowniku geograficznym
Królestwa Polskiego (tom XIV), powstrzymał w roku 1376 najazd
oddziałów litewskich dowodzonych przez Kiejstuta i Lubarta. W tymże Słowniku jest wzmianka, iż Michał z Czyżowa, kasztelan sandomierski,
"gospodaruje na zamku i w mieście dla własnej korzyści. Rozbiera on w
roku 1412 mury klasztoru i kościoła (po klaryskach) i z tej cegły
wznosi sobie zamek w nieodległym Czyżowie. Król Wł. Jagiełło
dowiedziawszy się o tym kazał go uwięzić i odbudować rozebrane mury". W Dziejach polskich Długosza, dziele -
jeśli można tak rzec - o jeszcze większym ciężarze gatunkowym niż
wspomniany Słownik, wymieniony jest kasztelan sandomierski Jan z
Czyżowa. Był mężem stanu, cenionym politykiem w czasach panowania
Władysława Jagiełły. Nie można mieć chyba wątpliwości, iż opisywany w Dziejach i Słowniku kasztelan to jedna i ta sama osoba.
W ludowej legendzie
przetrwało imię Michała, kasztelana ciężko pokutującego za rabunek
budulca za świętych miejsc Zawichosta. Zamek wzniesiono, lecz
budowniczy długo się nim nie nacieszył, niebawem zmarł i pochowany
został w podziemiach czyżowskiego kościółka. Nie upłynęło wiele dni, a
modlących się w tamtejszej świątyni poczęły zdumiewać wypadki budzące
strach i grozę. W kościele dawały się słyszeć jęki, szlochu,
zawodzenia. Proboszcz i parafianie nie ustawali w modłach. Dzień i noc
zanoszono modlitwy do Miłosiernego Serca Jezusowego, i do wszystkich
świętych pańskich, opiekunów tamtejszej świątyni, o zmiłowanie się nad
cierpiącym. I stało się! Pokutująca dusza przemówiła!
Zdarzyło się, że
kiedy ksiądz kolejna godzinę wypełniał żarliwymi litaniami, z ołtarza
spadły wszystkie świece. Spadały jedna pod drugiej i łamały się niczym
drzazgi.
- W imię Boże, co robisz i czego chcesz?! - miał zawołać pleban.
- Nie jestem godzien tu leżeć - usłyszał w odpowiedzi
Słowa dobiegały z
grobowca. Nie miano wątpliwości, iż usłyszano mocny, dobrze wszystkim
znany, głos kasztelana. Jeszcze tamtego dnia ksiądz polecił przenieść
zwłoki na cmentarz, lecz ziemia nie przyjęła trumny. Wyrzuciła ja z
niepojęta i zdumiewająca dla ludzi siłą. Zdecydowano więc ja utopić.
Obciążona kamieniami ciśnięta w wiślany nurt pod Zawichostem. Jednakże
i woda uchyliła się od zapewnienia spoczynku kasztelanowi. Fale
wyniosły trumnę na piaszczysty, zawichojski brzeg.
Szedł więc żałobny
kondukt prowadzony przez księdza i rodzinę nieszczęśnika w poszukiwaniu
miejsca wiecznego spoczynku. I nie znajdowano kawałka życzliwej ziemi
czy też przychylnej wody. I stała się rzecz nieoczekiwana. Nadleciały
wtedy wielkie stada kruków, rozdziobały ciało i rozwlekły kości.
Legenda o Czyżowskim
przetrwała do naszych czasów. Zapisał ją i opublikował w zawichojskich
"Wieściach Gminnych" w roku 1996 Tadeusz Malara, były burmistrz
Zawichostu, regionalista i miłośnik ziemi nadwiślańskiej. Tenże numer
"Wieści" otrzymałem od Genowefy Podlaskiej, emerytowanej nauczycielki
czyżowskiej szkoły i kolekcjonerki regionalnych osobliwości, w domu
sołtysa podzawichojskiej wsi Dąbie, Andrzeja Stępnia. W lipcowy wieczór
deszcz bębnił w eternitowe dachy wioskowych chałup i napięte na
sosnowych bakach folie, pod którymi tamtego lata wolno dojrzewały
pomidory. Rozmawialiśmy, że do legendy opublikowanej przez burmistrza
można dołączyć jeszcze parę epizodów i kolejną puentę. Kości kasztelana
zostały rozwleczone po nadwiślańskich polach i lakach - ale jak głoszą
ludowi filozofowie - czaszka dziwnym trafem ocalała. Lokalnym filozofom
i ludowym gawędziarzom nie brakowało przykładów, że w minionych wiekach
i latach wielokrotnie się na nią natykano. Ot, orał ktoś ziemie, a pod
lemieszem nagle zapiszczała kość. Oracz zatrzymywał konie, czubkiem
buta poruszył ziemie raz, drugi i trzeci, a wtedy ukazywały się
oczodoły, zbrązowiała żuchwa...
Znalazcę przeszywał
pewnie jakiś dreszcz, jednego metafizyczny - drugiego grozy, ale dla
jednego i drugiego na cmentarz był jednakowy kawał drogi, wie
zagrzebywali te ludzkie szczątki gdzieś na granicy czy pobliskim
ugorze. Jednakże deszcze, słoty i roztopy robiły swoje. Czaszka
pojawiała się znowu na tym czy innym polu. Na początku lat
siedemdziesiątych przez nadwiślańskie pola Trójcy, Piotrowic, Linowa
prowadzono nowy odcinek drogi Zawichost - Annopol. I znów błysnęła w
słońcu wyrzucona przez koparkę czy jakiś ciężki spychacz. Nie było
mowy, iż mogła to być inna. To były ciągle te same szczątki potępieńca.
Nie brakowało ani jednego zęba, a wielkie cztery kły, mocno pożółkłe,
przydawały kościom satanicznego wyrazu. Śmiech takiego osobnika musiał
przeszywać grozą. Nikt w tamtej okolicy nie miał najmniejszych
wątpliwości, iż pojawiająca się nieustannie czaszka była szczątkami
butnego kasztelana Czyżowskiego. Jeden z robotników cisnął ja o
brzozowego lasku porastającego niewielki parów. Podeszczowa woda
poniosła niebawem niechciane kości - niczym piłkę - środkiem wsi
Piotrowice.
- Po tę czaszkę przyjdzie kiedyś święty - mawiali starzy i mądrzy
ludzie. - Sam święty Franciszek.
Wypowiadali te słowa
ze spokojem i pewnością z jaka ogłasza się, że po zimie będzie wiosna,
dzień po nocy.
Dlaczegóż miałby przyjść święty? - dziwił się ten czy inny niedowiarek.
Tego - rzecz jasna -
nie wiedzieli nawet najmądrzejsi, ale często słyszało się odpowiedź:
"-święci mają już ku temu powody, by zawitać tam, gdzie ich najmniej
oczekują, ale nie pominą miejsc, w które zawitać powinni".
W końcu lat
dziewięćdziesiątych XX stulecia trwał w Zawichoście remont
wczesnogotyckiego kościoła św. Jana Chrzciciela. Ta, ogromna i piękna,
trzynastowieczna świątynia kryje wiele tajemnic, odkrywane bywają
stopniowo, cieszą więc kolejne pokolenia archeologów i historyków
sztuki. W trakcie ostatniego remontu dachu zdjęto z jednego z filarów
niewidoczna dotąd - dla ludzkiego oka - rzeźbę świętego Franciszka
wielkości okazałego mężczyzny. Przed wiekami umieszczono ją na wysokim
filarze, lecz materiał mocujący uległ skruszeniu, rzeźba mogła runąć,
należało więc poszuka dla niej innego miejsca. Nie szukano długo.
Postawiono na niziutkim postumencie przy wejściu do kościoła, obsadzono
kwiatami. Każdy na własne oczy może zobaczyć, że święty Franciszek
trzyma w ręku ... czaszkę! Nie żyją już ci, którzy opowiadali, że po
czaszkę Czyżowskiego przyjdzie święty Franciszek i dopiero wtedy
grzesznik spocznie w pokoju. Nie brakuje jednak pamiętających stare
opowieści i wielu słuchaczy ludowych filozofów jest głęboko
przekonanych, że święty Franciszek zszedł z wysokości po szczątki
kasztelana.
Złoty język
W
Czyżowie Szlacheckim, pod Zawichostem, w kościele pod wezwaniem
Wszystkich Świętych złożono złoty język. Widział go jeszcze w roku 1907
ksiądz Jan Wiśniewski, historyk i regionalista, postać wielce zasłużona
dla regionu nadwiślańskiego. Ksiądz Wiśniewski w swym dziele "Dekanat
opatowski" pisał, iż była to "imitacja języka świętego Jana
Nepomucena".
Wieść gminna głosi,
iż za tę oryginalną relikwię wykupiono, w przeddzień wybuchu pierwszej
wojny, siedmiu młodych mężczyzn skazanych na syberyjskie zesłanie.
Antoni Szczepański, mieszkaniec podczyżowskiej wsi Dąbie, wyliczał ich
nazwiska: Pokrzywa, Sałata, trzech braci Maziarzy, Nowak, Medaj. Do
dzisiaj w okolicach Czyżowa żyją liczni potomkowie skazanych na
zesłanie, ale z niedowierzaniem słuchają opowieści, iż swe istnienie w
tej okolicy zawdzięczają złotemu językowi.
Złota relikwia
spoczęła w czyżowskim kościele w roku 1741. To szczególna data w
historii tej miejscowości. Aleksander Czyżowski, kasztelan połaniecki,
ukończył wówczas budowę pięknego pałacu w stylu odrodzenia. Kasztelan
był bez wątpienia bogaty, ale także bogobojny. Nie skąpił darów dla
swojej świątyni, ksiądz Wiśniewski pisze, iż "wiele rzeczy i sprzętów
świętych do kościoła sprawił, np. monstrancję, kielich i innych". Czy
wśród tych "rzeczy i świętych sprzętów" był złoty język? Tego już
ksiądz wiedzieć nie mógł. Zdołał jednak odkryć w czyżowskiej świątyni
łaciński napis wyryty w czarnym marmurze. Przetłumaczył inskrypcję i
treść przytoczył w swym dziele. Ze starej relacji wynika, iż pewien
pielgrzym z Czyżowa, w roku pańskim 1741, dotarł do Pragi czeskiej i w
kościele św. Wita stanął u krypty świętego Jana Nepomucena. Ciało
świętego złożone 300 lat wcześniej w tymże grobie rozsypało się w
proch, ale wśród doczesnych prochów i strzępów szat przetrwał - jak
zapisano - żywy język Jana Nepomucena.
Przybysz spod
Zawichostu przeżył wstrząs, mniemał zapewne, że jest świadkiem cudu.
Zapragnął podzielić się swym cudownym przeżyciem z najbliższymi,
zamówił więc bezzwłocznie złotą "imitację języka". Praski złotnik
uporał się bez trudu ze szczególnym zamówieniem, pielgrzym wysupłał
pieniądze i mógł pospieszyć do krypty świętego. Tu - z wielkim
nabożeństwem - dotknął złotą imitacją cudownie ocalałego organu
świętego męża.
Po kilku dniach
podróży pielgrzym, przy dźwiękach dzwonu, wkraczał z relikwią do
świątyni w Czyżowie.
Jan Nepomucen, czeski
kapłan i męczennik, żyjący w XIV wieku został kanonizowany w 1729 roku.
Papież Benedykt XIII ogłosił bullę, mocą której Jana Nepomucena uznano
za świętego męczennika i obrońcę tajemnicy spowiedzi. W Polsce czeski
kapłan zyskał niebywałą popularność, uznawany jest za patrona od
powodzi. Jego kamienne figury i drewniane rzeźby stoją na obrzeżach
miast, wsi, na nadrzecznych pagórkach. Tworzyli te dzieła artyści,
rzemieślnicy: cieśle, stolarze, snycerze a także twórcy ludowi.
W czyżowskim kościele
relikwia musiała być otoczona szczególnym kultem. Niebawem nad
relikwiarzem zawieszono piękny obraz Jana Nepomucena namalowany na
początku XVIII wieku przez samego Szymona Czechowicza (1688-1775),
autora wielu bardzo cenionych dzieł sakralnych. Jeszcze wcześniej
stanęła w pobliżu kościoła okazała kamienna figura świętego, jest na
niej wyraźnie wyryty rok 1758. To bez wątpienia jeden z najstarszych
pomników czeskiego męczennika na polskich ziemiach.
Język był, pozostało
wspomnienie.
Czyją własnością
stała się złota relikwia?
Niewątpliwie
przekupiono nią jakiegoś carskiego urzędnika. Moskal orientował się, że
niebawem wybuchnie wojna, on zaś nie odpowie już za uwolnienie
skazańców.
Czy musiano sięgać po
święte złoto, by przekupić Rosjan?
Czyżowskie probostwo
- jak zapewniał ksiądz Wiśniewski - "należało do najbardziej
uposażonych, miało bowiem 300 morgów ziemi, dziesięciny z wielu wsi,
wolny wrąb do lasów i kapitały na procentach lokowane w różnych
dobrach". Ksiądz Feliks Kuropatwiński, pierwszy proboszcz XX wieku w
czyżowskiej parafii, potrafił zrobić użytek z tych dóbr. Zadbał, aby
dach świątyni pokryto zagraniczną dachówką, odmalowano kościół, w
miejsce drewnianej podłogi ułożono efektowną kamienną posadzkę,
wreszcie opasano cmentarz murem. Po nim probostwo objął, a było to już
przed samym wybuchem wojny, Mikołaj Molecki. Ten w sprawach
gospodarskich był mniej biegły, portfel miał już pusty, ale serce i
umysł gorące. Kochał kraj, o ludzi dbał niczym jaki święty,
pielgrzymowi ruszającemu do Częstochowy oddał swoje buty, sprzyjał
nawet socjalistom, z wypiekami na twarzy słuchał ich wystąpień. Wydaje
się, iż to ten pleban o złotym sercu, lecz o wiecznie pustej kieszeni,
za ocalenie siedmiu swoich parafian zapłacił złotym językiem.
Złotą relikwię
przywiózł do Czyżowa - według kolejnej legendy - miejscowy dziedzic.
"Święty człowiek, choć mocno nieszczęśliwy, bo na wojnie był dzidą w
słabiznę pchnięty!" - relacjonował oględnie wojenną przygodę dziedzica
wspomniany pan Antoni. A znaczyło to, że czyżowski pechowiec przez
jakiegoś wytrawnego szermierza został pozbawiony lukratywnej część
męskiej anatomii. Nie wspomina jednak o takim smutnym zdarzeniu Jadwiga
Prendowska, żołnierz powstania 1863, autorka cenionych pamiętników o
powstaniu i właścicielach czyżowskich włości, która w Czyżowie spędzała
swe ostatnie lata i tu powstało jej pamiętnikarskie dzieło. Ale Juliusz
Targowski w tomie "Wspomnienia"(1997) pisze wyraźnie, iż Henryk
Prendowski brał udział w walkach przeciw Garibaldiemu, a los go
potraktował dość brutalnie, w następstwie czego głos mu się zmienił,
zarost zaczął znikać, a on sam mocno zdziwaczał, Rozwiódł się z żona,
która powróciła do Włoch i zamieszkała w Collate, po czym oddał się
wędrówkom po świecie. Dotarł do Przylądka Dobrej Nadziei, odwiedził
Ziemię Świętą, przywożąc z tych podróży jakieś oryginalne szkatuły,
wachlarze i głównie dewocjonalia, a nawet relikwie".
Opowieść wigiljna
czyli jak święty Józef z Maryją po świecie chodzili
Zmrok
szybko zapadł, chat nie widać, a na duszy radośnie.
Bóg się rodzi!
Trzej królowie już w
drodze, Gwiazda Betlejemska świeci, chłopcy uczą się ról Heroda, Anioła
i Śmierci. Dziadek ostrzy nóż, by sprawnie oprawić karpia, z kuchni
niesie się słodki zapach ciast, z pokoju blask choinki.
W ten wieczór nikt
nie powinien być sam, a więc na samotnego wędrowca czeka miejsce przy
każdym zastawionym stole. Ale ci, którzy zostali sami i należałoby ich
na wieczerzę przygarnąć, są częstokroć brudni, cuchnący, chorzy.
Przezornie więc ten i ów dokładnie rygluje drzwi przed nieproszonymi
gośćmi.
Nad Sanem i Sanną,
pięknymi polskimi rzekami, opowiadają, że w wigilijny wieczór w
poszukiwaniu gościny wędrują tamtymi okolicami święty Józef i Maryja,
Matka Boża. Relacje o tych wędrówkach świętej pary zapisali już badacze
polskiego folkloru w końcu dziewiętnastego stulecia. Wielu miało gościć
święte osoby. Wielu odmówiło im gościny.
Pewne wiekowe
małżeństwo, z wioseczki nad Sanną: Borowa, Ireny czy Łążka, w mroźną
wigilijną noc przygarnęło dwójkę zagubionych wędrowców. Było to
zupełnie niedawno. Może sto lat temu, a może tylko trzydzieści, czy
nawet dwadzieścia... Staruszkowie byli samotni, dzieci im dawno
wyruszyły w świat i od wielu lat nie dawały znaków życia. Ucieszyli się
więc szczerze, kiedy zobaczyli w swym obejściu oczekujących gościny.
A skąd mogli
wiedzieć, że to Józef i Maryja?
Nie wiedzieli. Tego
nie sposób odgadnąć. Nad głowami świętych, w czasie ziemskich wędrówek,
zazwyczaj nie błyszczą aureole, twarze ich są zmęczone, a ubrania
nędzne, znoszone. Gospodarze podjęli przybyszów czym chata bogata,
prosili, by przenocowali i nie spotkali się z odmową.
Ale po całej wsi, po
całej okolicy, rozniosła się wieść, że w domu biedaków goszczą
niezwykłe osoby. A skąd o tym wiedziano?
Ze znaków! Z okienka
chatynki, niczym od Gwiazdy Betlejemskiej, biła smuga światła! Nie
widzieli tej jasności, rzecz jasna, gospodarze, lecz sąsiedzi widzieli.
Domyślili się bez trudu, kto nawiedził te strony. Kiedy więc święte
osoby opuściły chatynkę gospodarzy, otoczyli ich wieśniacy i prosili o
urodzaj ziemniaków, owsa, prosa, lnu, o zdrowie dla dzieci, dla siebie,
dla zwierząt. I spełnione zostały życzenia. Wieś omijały burze,
śnieżyce i ulewne deszcze. Plony bywały więc obfite, a ludzie żyli
zdrowo i dostatnio.
Którejś jesieni
zmarła ta dobra kobieta, trumnę z jej ciałem powieziono do kościoła.
Ksiądz odprawił mszę, płonęły świece i brzmiały organy. Dał się wtedy
słyszeć natchniony głos miejscowego organisty, ale żałobników ogarnęło
jednak zdumienie, gdyż nie przypominali sobie, by śpiewał kiedyś tak
przejmująco. Opowiadano później, że był to może śpiew anioła, bowiem w
czasie pogrzebu organista, który lubił zaglądać do kieliszka, zabawiał
się w karczmie.
Anioł miałby zastąpić
organistę?
Tak powiadano.
Ale czy ludzkie
gadanie lub tez domysły mogą być dowodem na anielskie śpiewanie? Nie
mogą, to przecież oczywiste. Nie wolno jednak zapominać, że zmarła
ugościła kiedyś świętą parę i zaskarbiła sobie boską łaskę, więc to co
nie wydaje się możliwe, mogło być jednak możliwe.
Mąż owej niewiasty
dożył jeszcze sędziwszego wieku, lecz i jego godzina wybiła. Zmarł w
Izdebce, w której kiedyś podejmowali święte osoby. Leżał opuszczony,
nie było komu wynieść trumny i złożyć na starym wozie, do którego
przyprzężono jakąś lichą szkapinę. Może sąsiedzi pospieszyli już do
kościoła, a może krzątali się jeszcze po swoich obejściach lub tez
naciągali dopiero świąteczne portki i czyścili wyjściowe buty? W takiej
to chwili przyszedł tam święty Józef, lecz nie skromny i cichy, jak
wtedy, gdy zawitał na wigilijną gościnę, lecz wielki, dostojny, w
złotej szacie i błyszczącej aureoli. Popatrzył na tę biedę, zasmucił go
brak ludzi, przywołał więc czterech aniołów, a ci unieśli trumnę
staruszka, złożyli ja na swych ramionach i pomaszerowali przez pola do
kościoła. A koślawy wóz ciągnięty przez siwą chabetę poturlał się
wiejską dróżką.
Inni mówili jeszcze,
że kiedy święty Józef zajrzał do chatynki gościnnego gospodarza, to
zobaczył jednak czterech zgrzybiałych staruszków. Tacy nie mogli unieść
nawet lichej trumienki, ale święty Józef każdemu z nich odjął - w
tamtym dniu - po pół wieku! Nie rozpoznano ich jako młodzieńców, może
wiec dlatego mówiono później, iż zmarłego nieśli anieli?
Anieli więc, czy
staruszkowie zamienieni w aniołów?
Możliwe?
I w tym przypadku to,
co nie wydaje się możliwe, mogło się zdarzyć. Zapewne się zdarzyło!
*
Śnieg
prószy, ale w domu ciepło. Z radia niesie się kolęda "nie było miejsca
dla Ciebie". Na wiejskiej dróżce, a może na schodach twojego bloku, lub
przed bramą twej posiadłości, przycupnęła dwójka biedaków. Komu
wystarczy odwagi, by zaprosić ich na wigilijną wieczerzę?
Święty Mikołaj z Zawichosta
Dziś
prawie każde dziecko wierzy, że święty Mikołaj zjeżdża do Polski z
Laponii saniami zaprzężonymi w renifery. Taki błędny obraz utrwaliła
telewizja. Ten popularny święty pochodził z zupełnie innej części
świata, urodził się w zamożnej rodzinie szlacheckiej w mieście Patara w
Azji Mniejszej, został biskupem Miry (obecnie Demre lub Kale), leżącej
na terenie dzisiejszej Turcji. W Polsce święty biskup Miry - już kilka
wieków temu - stał się patronem pasterzy i stad, w zachodniej Europie
był patronem rodziców i dzieci. Kiedyś w pustym kościele - tak głosi
legenda dobrze znana w Europie - usłyszał dramatyczną modlitwę. Obdarty
z majątku człowiek dopytywał Boga, czy może ze swych córek uczynić
ladacznice, by nierządem ratować je od śmierci głodowej.
Święty już tamtego
wieczoru podrzucił rodzinie biedaka złotą kulę, a ten hojny gest
powtórzył jeszcze w najbliższych dniach dwukrotnie. Córki biedaka,
które w cudowny sposób weszły w posiadanie posagu, promieniały radością
i urodą, natychmiast znaleźli się chętni do ich poślubienia. Można
domniemywać, że święty zadbał również, aby byli to młodzieńcy
szlachetni, bogobojni, nie zwyczajni łowcy posagów. A sam święty
Mikołaj tym pięknym gestem w starej ikonografii zyskał jeszcze jeden
atrybut, na rycinach przedstawiany bywał także z trzema złotymi kulami.
Orensztejnowie, przed
ostatnią wojną, należeli do najbogatszych w Zawichoście, ale kilka, czy
może kilkanaście lat wcześniej byli bardzo biedni. Iccak Orensztejn w
swych latach nędzy marzył o worku kartofli, aby choć na kilka tygodni
zapewnić sytość swych dorastających dzieci. Nieoczekiwanie zaistniała
szansa, że u Orensztejnów będą jedli ziemniaki cały rok, ale Iccak
musiałby zgodzić się na rzecz straszną, musiałby oddać córkę - swą
ukochaną Sarę - do domu publicznego. Podjął tę rozpaczliwą decyzję,
Sara od kilku dni wypłakiwała oczy, gdy nagle ktoś nieoczekiwanie
zastukał do ich domu, dziewczyna była sama, otarła oczy, wycierała je
długą chwilę, a kiedy uchyliła drzwi, nikogo za nimi nie zobaczyła, ale
na progu leżało coś szarego. Nie wiedziała co to, lecz w mig pojęła, że
od tego zawiniątka jej los, a także los wszystkich Orensztejnów z
Zawichosta ulegnie zmianie. I los się odmienił. Było to srebro, a Iccak
stał się niebawem wziętym kupcem drewna.
Był grudzień lat
siedemdziesiątych, bądźmy dokładni: szósty grudzień. W tym przypadku
dzień jest ważniejszy od roku. Chodzi bowiem o dzień świętego Mikołaja.
Wtedy to Wanda Kowalowa wyorała na swym polu parę kilogramów srebra.
Jej mąż leżał chory, gospodarstwo spoczęło na barkach żony, ta z
mozołem dźwigała - jak sama powiadała - krzyż pański, grudzień był
ciepły, skorzystała z pogody, kończyła jesienną orkę, z którą sąsiedzi
uporali się już kilka czy kilkanaście tygodni wcześniej. Przechodził
wtedy drogą dziwny człowiek, z brodą, w rozwianym chałacie, może
tułacz, może handlarz starzyzną.
- Przyciskaj capigi! - zawołał przyjaźnie do spracowanej kobieciny.
Niezrozumiale
brzmiące dziś słowo "capigi" to kierownica pługa, jego ster. Nacisnęła
je z całą mocą, a wtedy pod lemieszem coś zapiszczało, niby kość, niby
metal. Przyklękła, odgarnęła wilgotną ziemię, wydobyła jedną bryłę,
później drugą, trzecią ... Chciała zapytać nieznajomego, co to jest,
uniosła głowę, ale nikogo już nie dostrzegła. Po chwili trafnie
odgadła, że ma w ręku srebro.
O tamtego momentu
zaczęło się wieść w rodzinie Kowalów, mąż wyzdrowiał, nabrał sił, snuł
śmiałe plany, kupił dostawczy samochód nazywany "żuk", wozili warzywa
do Sandomierza i Ostrowca. - Badylarze - powiadano o nich z nieskrywaną
zazdrością.
*
- Urodo, urodo, gdybym ciebie miała, dostałabym
chłopca jakiegom bym chciała! - podśpiewywała sobie Anusia z ulicy
Rybitwy w Zawichoście. Cóż, nie tylko nie posiadała urody, ale także
majątku. Chodził do niej pracownik gminy, jeszcze niestary, choć już
niemłody. Mężczyzna, owszem, elegancki jedynie trochę kulawy. Temu nie
tyle przeszkadzał brak urody dziewczyny, co jej brak majątku. Dom,
którego budowę rozpoczął ojciec Anusi kilka lat wcześniej, wymagał już
remontu. Któregoś dnia wiatr zerwał mu dach jak czapkę z głowy pijanemu
osobnikowi. I nie było czym zapłacić cieśli, by zechciał ustawić
krokwy. Nie było, ale tylko do szóstego grudnia. Tamtego dnia
dziewczyna w jakieś rozpadlinie wypłukanej deszczem znalazła - jak inni
znajdują w lesie grzyby czy jabłka pod jabłonią - wielkie gały srebra.
Jeszcze tamtego dnia cieśle ochoczo zabrali się do pracy, a następnego
dnia urzędnik oświadczył się o rękę panny i po krótkim wahaniu został
przyjęty.
*
Święty
Mikołaj, ten szeroko znany w całym świecie, miał złoto. Pewnie nadal je
posiada. Mikołaj z Zawichosta sypie srebrem.
Srebro, jeśli wierzyć
lokalnym przekazom, zakopali w tej pięknej nadwiślańskiej miejscowości
Tatarzy czy też Litwini, dawno, bardzo dawno, bo w początkach
trzynastego stulecia. Szykowali się do boju z polskim księciem Leszkiem
Czarnym, byli przekonani, że po zwycięskiej walce odkopią swe bogate
łupy i powiozą je na Wschód. Bitwę przegrali, srebro pozostało.
Czy faktycznie to
święty Mikołaj sprawił prezent Orensztejnównie?
Tego już nikt nie
sprawdzi. Ale ludziska doskonale pamiętają, że u podstaw fortuny
Kowalów leży wyorane bogactwo. W tym przypadku fortuna to murowany dom,
wygodny i obszerny, zabudowania gospodarcze, trzy hektary sadu,
transportowy mercedes, pomidory pod folią dojrzewające już w kwietniu,
a przede wszystkim radość i pogoda w życiu!. A stary "żuk", który w
pierwszej kolejności nabyli za sprzedane srebro, dopiero niedawno
poszedł na złom. Ludziska wiedzą też doskonale, który dom na
zawichojskich Rybitwach wzniesiono za znalezione kosztowności.
*
Trzy
przykłady hojności na kilkadziesiąt lat. Dużo to czy mało?
Wystarczająco dużo, by podtrzymać legendę. Mało, jeśli policzyć
wszystkich potrzebujących. Wiadomo, że wielu klepie biedę, wielu też
chętnie sięgnęłoby po garnek wypełniony starymi monetami czy sztabki
cennego kruszcu. Niewykluczone, że święty Mikołaj to czy owo niejednemu
biedakowi podrzuci. Może jeszcze nawet tego roku.
Reymont strażakiem
W
okolicach Zawichosta, Dwikóz, Czyżowa, Winiar ciągle żywa jest legenda
o pobycie w tych stronach Władysława Reymonta. - Opisał nawet pożar
Winiar i śmierć podpalacza! - głoszą znawcy lokalnych niezwykłości.
Według ich zapewnień podpalacz został wrzucony w ogień przez
pogorzelców, zginął w płomieniach, choć sam pisarz usiłował go ratować.
Był to - bez
wątpienia - samosąd. Naszego noblistę zawsze intrygowało wymierzanie
sprawiedliwości przez pokrzywdzonych. Jest przecież także autorem mało
znanego już dziś opowiadania Sąd, swoistego
uzupełnienia powieści Chłopi. Tematem utworu jest
samosąd mieszkańców wsi, włościan - jak powiadano wówczas - nad
koniokradami.
Reymont posiada w
swym dorobku również opowiadanie Sprawiedliwie,
którego bohater - młody mężczyzna nazwiskiem Winciorek - po ucieczce z
więzienia ukrywa się w swej wsi przed carskimi strażnikami. Urzędnicy
zmęczeni nieudolnością strażników wyznaczają nagrodę za ujęcie
Winciorka, całe 50 rubli. Nagroda kusi miejscowych włościan, decydują
się pochwycić swego krajana, choć to przecież człowiek niewinny. Ten
traci szansę na wymknięcie się z obławy, w geście rozpaczy podpala
wieś, a wieśniacy pochwyconego wrzucają w ogień.
Reymont był realistą,
nie zmyślał, nie fantazjował, jeśli już rzecz opisał, musiał ją
widzieć, bądź uzyskać informacje od rzetelnego informatora.
Czy więc widział w
Winiarach samosąd nad podpalaczem i czy - jak głosi lokalna legenda -
usiłował pośpieszyć z pomocą nieszczęśnikowi?
Opowiadanie Sprawiedliwie opublikowane zostało w roku 1899. Data publikacji upewnia, że
tragicznego zdarzenia nie mógł widzieć w Winiarach. Do pałacu w
Czyżowie, jak też nieodległego dworu w Winiarach, przybył przecież
dopiero w roku 1917. Pisze o tym w swym tomie Wspomnień Juliusz Targowski, syn właścicieli Czyżowa i wnuk ziemian z Winiar.
Autor Wspomnień, w roku 1917 był chłopcem,
zapamiętał Reymonta, owszem, opisuje nawet figle płatane wybitnemu
pisarzowi, ale dziełko Targowskiego nie przynosi jakichś rewelacji o
pobycie noblisty w regionie nadwiślańskim. Targowski z większą pasją
prawi o polowaniach niż dziełach Reymonta. Niewiele rewelacji o tych
odwiedzinach znajdziemy także w opowieści biograficznej Reymont autorstwa Barbary Kocówny. Ta autorka, wybitny biograf naszego
noblisty, wspomina jedynie, iż z gościny w Czyżowie zachowały się dwie
Reymontowskie sentencje wpisane do albumu Anny Mrozińskiej, jedna - z
30 VIII 1917 - brzmi "Większość życiowych zawodów pochodzi z tego, że
młodość nie wierzy, aby się mogła zestarzeć".
I ani słowa o
pożarach!
Ale pożary w
pierwszych latach XX wieku, jak i w czasach wojny, wybuchały często.
Paliły się chłopskie zabudowania w Winiarach latem 1917 roku. Mógł być
świadkiem tego zdarzenia, choć trudno sobie wyobrazić, aby biegł z
wiadrem wody gasić ogień. Miał wtedy 50 lat, od dawna nosił okulary,
był korpulentny, miewał zadyszki. Nie mógł też chyba widzieć samosądu w
Winiarach, wtedy - o ironio - byłby świadkiem wydarzenia, które już
kiedyś opisał! Ale historia z tragicznym finałem, ze spaleniem
podpalacza, mogła i tutaj się zdarzyć.
Było jak było.
Nie ulega jednak
wątpliwości, że opowieść o odwadze Reymonta była w regionie Winiar całe
lata pielęgnowana. Heroiczna postawa pisarza w sytuacji zagrożenia
służyła nadwiślańskim nauczycielom za dowód dla uczniów, iż słabym i
pokrzywdzonym należy spieszyć z pomocą nawet wobec sprzeciwu silnej
gromady, wobec niechęci całego środowiska. I choćby ze względu na to
piękne, głęboko humanitarne przesłanie nie wolno winiarskiej legendy
zapomnieć.
Prezentowane tu opowiadania i szkice
pochodzą z książki Zbigniewa Włodzimierza Fronczka "Wyznania grabarza".
Książka w cenie 24 złotych do nabycia w wydawnictwie Książka i Wiedza,
ul. Smolna 13, 00-375 Warszawa, koszty przesyłki pokrywa wydawnictwo.
|
|