|
W 2006 r. odszedł do Domu Ojca ŚP. Jerzy Piotrowski
Jerzy Piotrowski wraz ze swoją rodziną w latach sześćdziesiątych XX w. przybył do Zawichostu, gdzie zapuścił korzenie i właśnie tu spędził większość swojego życia.
Urodził się 14.03.1935 r. w Toruniu. W grodzie Kopernika spędził swoje trudne dzieciństwo i młodość. Gdy miał 3 latka zmarła mu matka Helena, a w wieku 10 lat został sierotą, gdyż jego ojciec Bronisław Wiśniewski zmarł po tym, jak trafił go odłamek pocisku. Brat Mieczysław, starszy o 14 lat od Jerzyka, zaginął w nieznanych okolicznościach. Poszukiwany przez Gestapo, w związku ze swoją aktywną działalnością w konspiracyjnym Związku Harcerstwa Polskiego, prawdopodobnie został rozstrzelany przez hitlerowców w masowej egzekucji, być może pod Gniewkowem koło Inowrocławia.
Jerzy Wiśniewski został adoptowany przez swoją ciotkę Praksedę i jej męża Władysława Piotrowskiego. Odtąd pod imieniem i nazwiskiem - Jerzy Piotrowski ukończył szkołę podstawową i wstąpił do Zakonu Redemptorystów w Toruniu. Maturę zdał w Prywatnym Liceum Ogólnokształcącym Ojców Redemptorystów w Tuchowie w 1953r. Był studentem filozofii oraz uczęszczał na zajęcia z rysunku na UMK w Toruniu. Po wystąpieniu z zakonu został skierowany do Podoficerskiej Szkoły Wojskowego Korpusu Górniczego w Oświęcimiu, którą ukończył w lutym 1956r. w stopniu kaprala. Następnie przeniesiony został do Mieroszowa koło Wałbrzycha. Stamtąd oddelegowano go do Kamiennej Góry, Katowic-Brynowa i wreszcie skierowano go do pracy na dole w kopalni, w szybie "Barbara" w Kuźnicach Świdnickich, należącym do Kopalni Węgla Kamiennego "Victoria" w Wałbrzychu-Sobięcinie. Ciężka praca na siódmym poziomie przy wymianie torów, a także przy szybie międzypoziomowym, gdzie bez przerwy lała się na żołnierzy-górników woda, była karą za ich przekonania religijne i postawę wobec Kościoła Katolickiego. Kopalnia "Victoria", w której pracował Jerzy Piotrowski była silnie gazowa, zaliczana do kategorii najwyższego zagrożenia pyłu węglowego oraz metanu. W Zagłębiu Wałbrzyskim występował również uran o znacznym stężeniu, o czym wówczas nie wiedzieli pracujący tam górnicy. W dni świąteczne i niedziele żołnierze-górnicy z drużyny, w której był Jerzy Piotrowski i z wielu podobnych na Śląsku, musieli pracować po 16 godzin dziennie przez 2 lub 3 dni, tzw. Rolkowanie. Nie mogli także chodzić do kościoła na Mszę św.
Po dwóch latach służby wojskowej i pracy górniczej, pod koniec 1957r. J. Piotrowski został zwolniony do rezerwy i powrócił do Torunia. Założył rodzinę i przeprowadził się do Gorc koło Wałbrzycha, gdzie podjął pracę w kopalni "Victoria". Ponieważ nie uznano jego matury z katolickiego LO, rozpoczął naukę w Technikum Górniczym w Wałbrzychu i zdał ją po raz drugi (obecnie obie matury są ważne). W międzyczasie rodzina się powiększyła o kolejną córkę i syna, którego śmierć w wieku niemowlęcym wszyscy bardzo przeżyli.
W 1960 r. w kopalni Victoria wydarzył się tragiczny wypadek. Jerzy Piotrowski wraz z kolegą zostali odcięci w chodniku górniczym przez zawaloną ścianę węgla. Ratownicy odkopujący zasypanych byli przekonani, że J. Piotrowski nie żyje, tymczasem okazało się, że to jego towarzysz udusił się pyłem węglowym. Rannego Jerzego, któremu groziła amputacja nogi, przewieziono do szpitala.
Ten niebezpieczny wypadek skłonił rodzinę Piotrowskich do podjęcia decyzji o zmianie miejsca zamieszkania. Z Dolnego Śląska przybyli do Zawichostu.
Jerzy Piotrowski pracował w Kopalni Ziemi Krzemionkowej "Piotrowice" a po przejściu na emeryturę udzielał się m.in. w Związku Represjonowanych Żołnierzy-Górników, a także był jednym z najstarszych ministrantów w zawichojskiej parafii.
Kochał książki, był humanistą, posiadał duszę artystyczną, był otwarty, szczery i nigdy nie żałował swego uśmiechu dla innych.
|